Odwiedziło nas 23231 osób. Deutsch Version  Deutsch Version  
Nazwa Klasy
Patron

     Przeszedł długą i skomplikowaną drogę twórczą, na której zaznał wzlotów i upadków, ale gdy się jej przyjrzeć, widać w niej ukrytą konsekwencję, wypływającą z chęci bycia potrzebnym ludziom. Wciągu swojego życia napisał wiele świetnych wierszy, a pod koniec osiągnął piękną harmonię wysokiego słowa poetyckiego, myśli i uczuć. Stał się oficjalną osobistością polskiej literatury, jednym z najwybitniejszych poetów polskich XX wieku.
     Jak do tego doszło? Konstanty Ildefons Gałczyński urodził się 23 stycznia 1905 roku w Warszawie. Pierwsze imię otrzymał po ojcu, drugie - niezwykle brzmiące w przyszłości jako zapowiedź, że jego posiadacz jest postacią niebanalną- zostało nadane nie z premedytacją, a mechanicznie zaczerpnięte z kalendarza. Przyszły poeta urodził się bowiem w dniu świętego Ildefonsa, patrona Hiszpanii. Konstanty nie miał łatwego dzieciństwa. Trudne warunki materialne sprawiły, że atmosfera domu rodzinnego poety była napięta. W takich warunkach dorośleje się wcześniej. W czasie pierwszej Wojny Światowej Gałczyńskich ewakuowano do Rosji. Zamieszkali w Moskwie, w dzielnicy Zamoskuarieczije. Mały Kostek chodził do szkoły Komitetu Polskiego, założonej i kierowanej przez wybitnego pedagoga Władysława Giżyckiego. Gałczyński nie zbyt wprawdzie, jak głosi wieść, przykładał się do nauki. Wiele czasu spędzał natomiast pod moskiewskimi mostami na łowieniu ryb. Wówczas też zaczęły powstawać pierwsze, zauważone przez otoczenie próby poetyckie. Rówieśnicy z lat dziecięcych wspominają Gałczyńskiego jako chłopca przedwcześnie dojrzałego i wyraźnie wyróżniającego się w szkolnej gromadzie niedziecięcą powagą. Do kraju wrócił Gałczyński w roku 1918.
     Jeszcze przed maturą nastąpił oficjalny debiut: gimnazjalny poeta przeszedł pierwszy próg wtajemniczenia. W dzienniku "Rzeczpospolita" ukazał się wiersz Szturm, podpisany pseudonimem Mieczysław Zenon Trzciński. Kilka innych wierszy ukazało się w efemerycznych pisemkach "Twórczość Młodej Polski" i "Smok". Są bardzo niesamodzielne, pisane zapożyczonymi z tradycji małopolskiej górnolotnymi słowami. Ale z biegiem czasu zdarzają się w nich jakieś chwyty i zwroty świadczące, że młody wierszopisarz ma zadatki na oryginalnego poetę. Wraz z patentem dojrzałości i samodzielnym wejściem w świat akademicki (w roku 1923 Gałczyński uzyskuje maturę i podejmuje studia na Uniwersytecie Warszawskim, jednoczenie studiuje filologię angielską i klasyczną) nadchodzą lata poetyckiego czeladnictwa.
     W 1926 zostaje powołany do służby wojskowej. Po jej odbyciu, wraca do Warszawy i przyłącza się do grupy poetyckiej Kwadryga. Rok 1930 stworzył w życiorysie poety granicę, której przekroczenie oznaczało wejście w porę dojrzałości. Dotychczasowy dom rodzinny przestał istnieć. Pojawił się jednak mowy, najbliższy człowiek, przyszła muza wielu wierszy i wytrwała towarzyszka życia. 1 czerwca Gałczyński ożenił się z poznaną rok wcześniej Natalią Avałow. Ślub odbył się w cerkwi w Pradze z pełnym prawosławnym rytuałem. Lata 1931-1933 spędza w Berlinie jako pracownik polskiego konsulatu Generalnego. Pisał tu mało. Wykorzystał jednak w pełni okazję poznania sporej części Europy. Intensywnie zwiedza muzea, pasjonując się dziełami wielkich mistrzów malarstwa, pogłębia znajomość języków i wiedzą muzyczną. Spędzał wraz z żoną urlopy w Kopenhadze, Wiedniu, Tyrolu, Holandii, Belgii. Zajęcie to okazało się jednak zbyt uciążliwe dla poety. Kariery dyplomatycznej nie zrobił, wraca więc do Warszawy. Koniec roku 1933 jest okresem ciężkim - okresem dokuczliwej biedy, choroby i wewnętrznych rozterek. Mimo to Gałczyński jest już w pełni świadomy swojego jedynego powołania, podejmuje ryzykowną decyzję: "postanawia żyć wyłącznie z pióra". Udawało się to wtedy tylko paru największym.
     W roku 1934 Konstanty wyjeżdża do Wilna, aby tam robić karierę literacką. Efektem tego był niedostatek, nawet bieda. Dopiero latem 1935 roku sytuacja się nieco zmieniła. Gałczyńskim zainteresowało się i otworzyło przed nim swe ramy, nowe dynamiczne pismo literackie "Prosto z mostu". W kwietniu 1936 przychodzi na świat córka Kira. Rok później ukazuje się tom wierszy Gałczyńskiego. Był to sukces poetycki Konstantego. Po czternastu latach "upychania" liryków po różnych redakcjach, poeta przedstawia się publiczności literackiej oryginalnym sposobem patrzenia na świat i nietypowym rozumieniem istoty i funkcji poezji.
     Wojna. Obóz jeniecki w Altengrabow koło Magdeburga i tylko parę wierszy, ale za to bez wyjątku znakomitych: "Pieśń o żołnierzach z Westerplatte", "List jeńca". W roku 1945 obóz wyzwalają Amerykanie. Gałczyński błąka się, dość niezdecydowany, co ze sobą począć, po Europie: Belgia, Holandia, Francja. Wreszcie zdecydował - wiosną 1946 roku wraca do kraju i osiedla się w Krakowie. Tu powstają: "Zaczarowana dorożka", "Kolczyki Izodly", "Zielona Gęś". Pod koniec lat czterdziestych zaczyna się okres bardzo trudny dla poety. Ostro zaatakowano jego poezję. Jeszcze bardziej drastyczną metodą było utrudnianie poecie druku i jednocześnie nie zauważanie go przez krytykę. Odrywano go w ten sposób od odbiorcy. Konstanty - jak zawsze - i tym razem zawierzył poezji.
     Ten, niestety już ostatni okres świetności był związany z nowymi okolicznościami. Prosta zmiana otoczenia sprzyjała podjęciu nowych, ważnych prac. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności trafił Gałczyński na Mazury. Osiadł nad Jeziorem Nidzkim, w sercu Puszczy Piskiej, w leśniczówce Pranie. Przyjął go tutaj gościnnie leśniczy Stanisław Popowski. Gałczyńskiemu ziemia mazurska niesłychanie przypadła do gustu. "Tu na jeziorach, znów steruję ku radości, córce Bogów" - donosił Tuwimowi w liście. Zjawiwszy się raz w leśniczówce, powracał tu każdego roku na kilka miesięcy. Nosił się nawet z zamiarem osiedlenia się w pobliżu Prania na stałe. Wielokrotnie oświadczał, że pracuje mu się na Mazurach tak dobrze jak nigdzie indziej. Nic więc dziwnego, że tu powstały prawie wszystkie najważniejsze utwory ostatnich lat życia poety. Chłonął urodę świata, aby z kolei wyrazić ja w wierszach. Już w czasie pobytu w roku 1950, jakby wypłacając się Mazurom z pierwszego zaciągniętego wobec nich długu, stworzył liryczny zapis letnich dni: "Kronikę olsztyńską". Przygoda mazurska jest obecna również w wielu innych utworach: "Poemat dla zdrajcy", "Spotkanie z matką". W mazurskim otoczeniu powstają poematy Niobe i Wit Stwosz, których tematem jest sens sztuki dla jej odbiorców ( Niobe ) i dla jej twórców ( Wit Stwosz ). Ukoronowaniem późnej liryki Gałczyńskiego stał się cykl: "Pieśni" (1953), napisany ostatniej mazurskiej jesieni i dokończony już po przyjeździe do Warszawy. Po wydrukowaniu "Pieśni" odezwały się głosy, ze poeta znajduje się w trakcie wielkiego wzlotu. Niestety 3 grudnia 1953 roku "śmierć zalała wszystko czarnym atramentem".
     Trzeci zawał serca powalił poetę w chwili, kiedy miał, jak co dzień siąść do stołu z rozpoczętym rękopisem. W trzy dni później odbył się bardzo skromny pogrzeb na cmentarzu Wojskowym na Powązkach Mimo, że w stosunku do Gałczyńskiego nie zabrakło oznak hołdu i głębokiego przywiązania, ocena jego dorobku nie jest bynajmniej jednoznaczna. Cechują ja glosy "za" i "przeciw". Świadczy to dobitnie o jednym: poeta jest "zjawiskiem" żywym, niemuzealnym, a jego ślad na drogach współczesności jest głęboko i wyraźnie odciśnięty.

Uroczystość nadania imienia szkole

     Centralną data tego okresu był 17 stycznia roku 1966. Wtedy to uroczyście obchodzono 20. rocznicę powstania liceum, nadano szkole imię Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i przekazano drugi w historii sztandar. Do dnia tego przygotowywano się bardzo długo. Gośćmi młodzieży i grona pedagogicznego były p. Natalia Gałczyńska, żona poety i prof. Dr Irena Pietrzak - Pawłowska, pierwsza dyrektorka. W asyście władz szkolnych, administracyjnych i politycznych województwa, licznych delegacji, obecnych i dawnych pracowników szkoły wręczono sztandar, w którego drzewce zostały wbite pamiątkowe gwoździe. Wygłoszono również dwa referaty: "20-lecie II Liceum w Olsztynie" oraz "Życie i twórczość K. I. Gałczyńskiego". Później nastąpiła przygotowana przez profesorki języka polskiego i młodzież część artystyczna, złożona z utworów autora "Zaczarowanej dorożki", a wieczorem w auli szkolnej - wystawny bankiet.



Wywiad z Kirą Gałczyńską - córką poety

Chciałbym zapytać się o panią Natalię Gałczyńską, o to kim była wcześniej i jak poznała Pani ojca...

- Zanim odpowiem wprost, odsyłam do mojej ostatniej książki "Zielony Konstanty". Tam jest dość dużo informacji na temat Natalii Gałczyńskiej, na temat tego, jak się poznali. Skracając sprawę, po raz pierwszy spotkali się w maju 1929 r. w Kawiarni "Mała Ziemiańska". Przedstawił ich sobie młody wówczas poeta Lucjan Szenwald, a pierwszego czerwca następnego roku miał miejsce ślub w cerkwi. A tak ogólnie, zabrałam się do gromadzenia materiałów na temat mojej matki i w związku z tym jadę teraz do Kalisza, aby spenetrować tamtejsze archiwa. Moja matka urodziła się tam przecież, jej rodzice, Rosjanie, też tam mieszkali. Potem, jeśli jeszcze bym zdążyła i udałoby mi się, chciałabym jednak dotrzeć do Gruzji - może tam znajdę jakąś część archiwów, dotyczących mojego dziada, który był Gruzinem i "zaplątał się" w Kaliszu, gdzie poznał moją babkę i się ożenił.

Jakie książki czytał pan Gałczyński dla przyjemności, żeby się odprężyć?

- Czytał przede wszystkim bardzo dużo poezji - myślę tutaj o Kochanowskim, Krasickim, Horacym, bardzo lubił też "Klub Pickwicka". Dickensa kochała moja matka, stąd też był on stale obecny w naszym domu. Zresztą Dickens pojawia się w jego wierszach, podobnie jak wymienieni wcześniej autorzy. "Klub Picwicka" pozostawał jednak wciąż jedną z jego ulubionych książek.

Czy Pani ojciec rzeczywiście słuchał utworów Beethovena i Bacha - muzyków często pojawiających się w jego wierszach?

- Słuchał właśnie takiej muzyki, współczesnej - właściwie wcale. Jego pierwszym instrumentem, który dostał jako dziecko, były skrzypce. Uczył się na nich grać, miał wtedy dziesięć lat. Początkowo myślano, że, ponieważ miał słuch absolutny (stąd łatwość uczenia się języków), zostanie muzykiem. Ze skrzypcami rozstał się we wczesnych latach dwudziestych, kiedy to już wiedział, że nie będzie muzykiem tylko poetą. Zainteresowania muzyczne pozostały mu jednak na całe życie: gromadził płyty, chodził bardzo pilnie na koncerty. Muzyka była bardzo ważną częścią jego życia.

W jaki sposób powstawały jego utwory? Czy zamykał się na klucz w gabinecie i wtedy pisał, czy może wychodził na spacer i wracał z gotowym wierszem?

- Pracował wtedy, kiedy cały dom jeszcze spał. Wstawał bardzo wcześnie rano żeby później mieć czas dla domu, dla przyjaciół, na koncerty, na teatr, na rozmowy z przyjaciółmi. Pomysły przychodziły mu do głowy w różnych sytuacjach, czasami je notował, czasami nie. Lecz zasadnicza część jego pracy łączyło się z bardzo wczesnym rankiem.

Czy mieli Państwo psa lub kota?

- Tak, kotów było dość sporo. Pojawiają się one w jego twórczości, np. w "Balu u Salomona". Ów Salomon był przecież naszym kotem. W jednym z wierszy, pisanym w czasie wojny "występują" też Popo i Serafin.

Jak wyglądał zwyczajny dzień w leśniczówce Pranie?

- On wyglądał prawie tak samo jak dzień w Warszawie, z pewną jednak różnicą. Tu nie było takiej ilości przyjaciół i znajomych, redakcji, do których mogli moi rodzice chodzić. Były bardzo długie spacery po lesie, kąpiele wcześnie rano, przesiadywanie na plaży, wyprawy z panem Popowskim. Mój ojciec próbował też pomagać leśniczemu w jego domowych zajęciach, niezwykle go interesowało, co się dzieje w lesie, jaki jest jego język, język myśliwego, gospodarza, który zajmuje się gospodarstwem domowym i leśnym. Miał nawet taki specjalny zeszyt, w którym zapisywał niektóre słowa, na przykład, że "farba" znaczy "krew". Rytm życia w Praniu był rytmem znacznie spokojniejszym. W liście do Kazimierza Rudzkiego przepraszał, że pisze na takim skrawku papieru, ale "tu nie ma ani papieru, ani gazet - tutaj są tylko jeziora". Gazety były dla mojego ojca rzeczą bardzo ważną, był aktywnym czytelnikiem prasy, lecz pojawiała się ona w Praniu dość rzadko. Mieliśmy też radio na baterie, lecz raczej nie można było na nim polegać. To wszystko rekompensowało jednak to, co się działo na podwórzu, w lesie. Dni w leśniczówce i w Warszawie był zbliżone do siebie rytmem pracy - ojciec wstawał bardzo wcześnie i wcześnie pracował, a potem były zajęcia wypoczynkowe: kąpiel, spacery, zbieranie grzybów, wyprawy do sklepiku w Rucianem i na pocztę.

Czy oprócz poezji i muzyki pan Konstanty miał jeszcze jakieś zainteresowania, dziś można powiedzieć: "hobby"? Był może zapalonym wędkarzem albo zbierał znaczki?

- Nie zbierał znaczków, nie był też zapalonym wędkarzem. Nie miał właściwie nic, co przez słowo "hobby" można by rozumieć. Zbierał tylko stare maszynki do parzenia kawy, jakieś ekspresy, skrupulatnie ustawiał je potem na półce. Kawę parzył w jednym, specjalnie do tego przeznaczonym garnku. Kolekcjonował też płyty, lubił książki, kupował je stale. Jednak takich maniackich, zbierackich zainteresowań nie miał.

Czy pamięta Pani jakiś zabawny epizod z dzieciństwa związany z panem Konstantym?

- Tego było dość dużo, ale zawsze wspominam z takim zabawnym rozrzewnieniem sytuację, która powtarzała się dość często, szczególnie zimą. Otóż koło naszego domu w Alei Róż stała taka maleńka budka, w której sprzedawano wówczas tylko papierosy i zimą pan tam pracujący jakoś się dogrzewał, paląc w piecyku. Na zewnątrz była wyprowadzona rura i z niej wydostawał się gęsty, czarny dym. Gdy wychodziliśmy z domu, ojciec zawsze mówił, żeby się pospieszyć, bo nasza budka zaraz odjedzie...



"Kawa to podstawa inspiracji", czyli twórczość K. I. Gałczyńskiego

"Prośba o wyspy szczęśliwe"

A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.
Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojnie ponad wodami pochyl miłością.

"O mej poezji"

Moja poezja to jest noc księżycowa,
wielkie uspokojenie;
kiedy poziomki słodsze są w parowach
i słodsze cienie.
Gdy nie ma przy mnie kobiet ani dziewczyn,
gdy się uśpiło
wszystko i świerszczyk w szparze cegły trzeszczy,
że bardzo miło.
Moja poezja to są proste dziwy,
to kraj, gdzie w lecie
stary kot usnął pod lufcikiem krzywym
na parapecie.

"Już kocham cię tyle lat"
Już kocham cię tyle lat
na przemian w mroku i w śpiewie,
może to już jest osiem lat,
a może dziewięć - nie wiem;
splątało się, zmierzchło - gdzie ty, a gdzie ja,
już nie wiem - i myślę w pół drogi,
że tyś jest rewolta i klęska, i mgła,
a ja to twe rzęsy i loki.

"Zadzwoniły zausznice z miedzi..."

Na paznokciach twych, na włosów splotach,
ptaki światła gubiły swe pióra.
Nagle ptaki zgasły. Ciemnozłota
nadciągała miłość jak chmura.

"Ale są jeszcze sprawy..."

Ale są jeszcze sprawy drobne: loty ptasie,
chwianie się trzcin w jeziorach, blask gwiazdy wieczornej,
różne barwy owoców o porannym czasie
i wiatr przelatujący w sopranie i w basie,
i moja mała lampa, i stół niewytworny.
Ale nawet za wszystkie obrazy Tycjana
nie oddam tego stołu, bo pracuję przy nim,
to mój wierny przyjaciel od samego rana,
a kiedy noc...




Czy wiesz, że...

     Gałczyński jest autorem polskiego przekaładu "Ody do radośći".
     Twórczość poetycka Gałczyńskiego koncentruje się wokół trzech zasadniczych tematów: jego samego, świata, który próbuje zrozumieć oraz poezji, z której na rożne sposoby pragnie zrobić mediatorkę pomiędzy sobą a światem, światem, którego w żaden sposób zaakceptować nie może. Tajemnica Gałczyńskiego.
     Konstanty Gałczyński nie jest tylko "sprawca" swoich wierszy, ale również ich niemal jedynym bohaterem. Za motyw kluczowy poezji autora Niobe należy uznać jego samego, przedstawionego z reguły w nocnej scenerii, poetę piszącego wiersze. Motyw ten gwarantuje, że centrum czytelniczej uwagi zajmuje on sam, tworzący w naszych oczach pewna rzeczywistość.